Ciekaw jestem bardzo, czy minister Jurgiela, który wpadł na genialny pomysł interwencyjnego skupu i przerobu mięsa z rejonów zagrożonych epidemią afrykańskiego pomoru świń, sam będzie miał tyle odwagi, by skosztować takiej wieprzowiny z puszki. Czy ośmieli się – w ramach  pomocy rolnikom – sprezentować konserwy z terenów gdzie świnie chorują na wirusową posocznicę swojej rodzinie i znajomym.

Czy konserwy z tuczników pochodzących z terenów objętych epidemią można z pełną odpowiedzialnością nazwać – jak to uczynił minister Jurgiel – „produktem najwyższej jakości”, skoro dotychczas, po stwierdzeniu choćby jednego przypadku zarażenia wirusem, wybijano i utylizowano całe stada zwierząt, także te zdrowe? Czy przetworzenie mięsa na konserwy w wysokiej temperaturze, w której giną wirusy, daje 100-procentowa gwarancję, iż uda się uniknąć zakażenia wśród potencjalnych konsumentów?

Czy lista firm, który przyjmą do przetworzenia mięso z regionów zagrożonych wirusem zostanie podana do publicznej wiadomości, a jeśli tak, to kiedy? Minister zamierza uszczęśliwić konserwami  instytucje użyteczności publicznej. A więc szkoły, szpitale, wojsko. Czy rodzice, pacjenci i żołnierze zostaną o tym fakcie poinformowani?

Rozumiem, że misją ministra Jurgiela jest niesienie pomocy rolnikom. Wszystko ma jednak swoje granice.